Fot. Ministerstwo Aktywów Państwowych
Powrót

Polityka jako jazz fusion, czyli rockstar w rządzie. Rozmowa z Ministrem Aktywów Państwowych, Wojciechem Balczunem

Powołał do życia Chemię, z którą serwował granie rodem z… Ameryki. Ale został ministrem w polskim rządzie, więc gitarę odłożył na bok, a zespół zszedł ze sceny. Czy na zawsze? O tym m.in. w wywiadzie dla STOART mówi Wojciech Balczun, muzyk, przedsiębiorca, który od lipca 2025 r. jest szefem resortu aktywów państwowych.  

 

Michał Dybaczewski: Z jednej strony tworzył Pan Minister przez lata bogate portoflio zawodowe w obszarze przedsiębiorczości, a bycie ministrem można uznać za uhonorowanie tej drogi, z drugiej – założył Pan rockowy zespół, który również kroczył szlakiem sukcesu. Panie Ministrze, muszę więc zacząć od pytania: co łączy muzykę z polityką?

Wojciech Balczun: Nie wiem, czy w ogóle widzę jakiekolwiek punkty styczne (śmiech). Mogę natomiast odnieść się do mojej ścieżki zawodowej, gdzie świat biznesu i mojej artystycznej pasji, przenikały się i nieustająco musiałem się tłumaczyć, do którego świata ostatecznie przynależę. Moja żona często się śmiała z tego, że próbuję udowodnić, iż można z równą pasją i na najwyższym poziomie robić dwie tak skrajnie różne rzeczy – że można pogodzić ogień z wodą. Dla mnie nie był to jednak żaden problem. Pamiętam, że jak byłem prezesem PKP Cargo i wróciłem do działalności artystycznej – chciałem bowiem zarejestrować swoje pomysły muzyczne i poczułem, że mam do tego wewnętrzny ogień – to pojawiło się sporo głosów, że to skutek kryzysu 40-latka i fanaberia jakiegoś prezesa. Na pewno bardzo dużo zaryzykowałem poświęcając karierę biznesową na rzecz muzyki. Ale wówczas się zawziąłem – uważałem, że to coś niesamowitego, móc znowu przeżyć rockową przygodę. I ona naprawdę zaczęła się rozwijać.

Rozwijać tak dobrze, że na Ukrainie, gdzie objął Pan stery państwowego przedsiębiorstwa kolejowego Ukrzaliznycia, mówili o Panu „rockstar”.

Tak. Jak wygrałem konkurs na szefa kolei ukraińskich to zaczęli pisać w tamtejszych mediach, że polski „rockstar” chce być prezesem. Nawet piosenki powstały na Ukrainie na ten temat (śmiech). Nie miałem z tym żadnego problemu. Tak samo, jak z wielką pasją i zaangażowaniem działałem w sferze biznesowej w różnych przedsięwzięciach – w sektorze publicznym i prywatnym – tak samo robiłem to w sferze muzycznej. Podsumowując, mogę powiedzieć, że po kilkunastu latach takiej działalności na dwóch różnych obszarach, udało mi się nagrać pięć płyt, a przy okazji zjeździłem świat wzdłuż i wszerz. Poznałem mnóstwo fantastycznych ludzi, w tym muzyków i producentów. Jestem z tego bardzo dumny.

Jaki jest obecnie status Chemii?

Po wydaniu ostatniej płyty Something to Believe In zespół zagrał trochę koncertów. Płyta została bardzo wysoko oceniona, zagraliśmy trasy promocyjne, również za granicą. Ale formuła trochę się wyczerpała w tym znaczeniu, że wszyscy grają dla siebie, dążą do samorealizacji i zaspokojenia własnych ambicji artystycznych, ale jednocześnie chcą, żeby było to docenione i w końcu, by stało się źródłem utrzymania. Każdy muzyk o tym marzy przez całe życie. Trudno sobie jednakże wyobrazić, że zespół, który śpiewa po angielsku utrzyma się z grania w Polsce. To raczej działalność wyłącznie związana z pasją i potrzebą artystyczną. Jak popatrzymy na to wszystko, co się wydarzyło w Polsce po 1989 roku, to mamy chyba tylko jeden przebój polskiego wykonawcy śpiewany po angielsku. Mam na myśli utwór Son of the bluesy zespołu Wilki. Wracając do pytania, o aktualny status Chemii, to zespół nie zakończył działalności, jest trochę w zawieszeniu. Mamy mnóstwo sygnałów od fanów, którzy chcieliby żebyśmy wrócili, co na pewno jednak nie zadzieje się teraz, dopóki pełnię funkcję ministra. Co później się wydarzy, trudno przewidywać, ale na pewno nie zamknęliśmy drzwi na zawsze! Marzy mi się, żeby wszyscy, którzy kiedykolwiek byli zaangażowani w istnienie Chemii, jeszcze się spotkali. Idealnie byłoby zrobić taki rodzinny tour ze wszystkimi muzykami, tym bardziej, że to wybitni muzycy, którzy są teraz popularnymi artystami i członkami poważnych zespołów.

Chemia w zawieszeniu, ale w domu bierze Pan gitarę do ręki?

Tak, jeśli tylko mam czas, ale mam go bardzo mało. Akurat teraz jestem na takim stanowisku, na którym wolnej przestrzeni na pasje jest totalnie mało. Pochłania mnie całkowicie praca dla kraju, realizacja misji, którą uważam za najważniejszą w mojej karierze.

Czy na etapie wchodzenia w dorosłość, gdzie dokonuje się pierwszych fundamentalnych wyborów, miał Pan Minister dylemat czy wybrać ścieżkę przedsiębiorcy, czy jednak muzyka?

To były inne czasy, inny świat. Studia rozpocząłem w 1989 roku, czyli w okresie upadającego systemu komunistycznego i jednocześnie rodzącego się nowego systemu Polski demokratycznej i kapitalistycznej. Pamiętam, że my już na studiach byliśmy „zasysani” przez rynek, jako ci młodzi nieskażeni starym systemem. Ja bardzo wcześnie, bo już na drugim roku studiów, założyłem rodzinę i by ją utrzymać poszedłem do pracy. Pracowałem na dwa etaty, więc muzyka siłą rzeczy zeszła trochę na dalszy plan. Był nawet taki moment, że z powodu trudnej sytuacji materialnej musiałem sprzedać gitarę – kopię Fendera – na którą zbierałem przez całe liceum. Potem, jak już wszystko się jakoś ułożyło, a moja kariera zawodowa nabrała tempa i przyszły pierwsze sukcesy w wymiarze materialnym, to wróciłem do instrumentu. Prawdziwy przełom nastąpił na początku XXI wieku. Będąc wielkim fanem zespołu TSA miałem kontakt z Markiem Kapłonem i Markiem Piekarczykiem. W tamtym czasie poznałem Andrzeja „e-moll” Kowalczyka, który sprzedał mi ośmiokanałowe urządzenie marki Roland do rejestracji dźwięku i to mnie wtedy całkowicie pochłonęło. Pracowałem w banku, ale w każdy weekend zamykałem się w piwnicy i eksperymentowałem. Zacząłem nagrywać „demówki” i w którymś momencie pojawiła się myśl, że można coś z tego nagrać. Na początku powstał projekt, a potem regularny zespół pod nazwą Chemia.

Czego Pan obecnie słucha? Czy w tej ministerialnej służbie jest czas, na odkrywanie nowej muzyki?

Ostatnio wielokrotnie przesłuchałem najnowszą płytę Wolfganga Van Halena i jego zespołu Mammoth. Ta muzyka naprawdę mi się podoba, jest radio friendly. Podoba mi się też ostatnia płyta The Darkness – typowe hard rockowe granie, dużo przebojów. I tak sobie często myślę, przebijając się przez ogrom muzyki, jaka jest w tej chwili dostępna, że na świecie tworzy się tak dużo fajnej muzyki, która nie ma szansy się skomercjalizować. Słucham piosenki, która ma wszystko, by być absolutnym światowym hitem i byłaby, jeżeli ukazałaby się w latach 70-tych, czy 80-tych. Teraz szanse, aby stała się przebojem są nikłe.

Pełna zgoda. I odwrotnie – gdyby album Master of Puppets Metallicy został wydany dzisiaj, to być może byłby nie zauważony. W ciągu tygodnia na rynku pojawia się kilkadziesiąt nowych pozycji wartych uwagi. Ale to nie jest jedyny problem. Mamy też do czynienia z coraz większą ekspansją AI w muzyce – powstają zespoły w całości wygenerowane przez sztuczną inteligencję – mamy w końcu monopol platform streamingowych, dzięki którym użytkownik dostaje wprawdzie nieograniczony dostęp do muzyki, ale sami artyści dostają z tego grosze. Na pewno trzeba coś z tym zrobić, pytanie co i w jaki sposób?

Nie wiem, czy te procesy można zatrzymać, bo dynamika fali rozwoju nowych technologii i AI, która przetacza się przez świat jest ogromna. Na pewno jesteśmy świadkami tworzenia się nowej rzeczywistości, której jeszcze nie do końca rozumiemy. Ta rzeczywistość przewartościowuje bardzo wiele obszarów naszego życia, w tym te, które wydawały się oczywiste i wieczne. Dotyczy to zdrowia, biznesu, muzyki, czy szerzej – sztuki. Dla nas są to rzeczy trudne do zaakceptowania, gdyż żyjemy w takim transition period, ale myślę, że kolejne pokolenia mogą mieć inaczej ustawione paradygmaty. Oczywiście poszukuje się odpowiednich rozwiązańna poziomie administracyjnym albo rządowym, które byłyby odpowiedzią na rozwój nowoczesnych technologii. Być może należałoby wdrożyć jakieś działania osłonowe dla najbardziej potrzebujących artystów. Jednak w kwestii otrzymywania realnych tantiem ze streamingu – takich które dałby warunki do nagrywania płyt – jestem raczej pesymistą. Spotify jest sponsorem Camp Nou i FC Barcelony za niewyobrażalnie wielkie pieniądze, a artyści dostają grosze na kawę. Z tym się niestety zderzamy, ale – jak wspomniałem – to globalne i chyba nieodwracalne procesy. Nawet w tym kontekście, jeśli mówimy o powrocie mojego zespołu do aktywności, to jestem przekonany, że dojdzie do tego na zasadzie przygody – żeby ze sobą pobyć, pomuzykować, spotkać się ze starymi przyjaciółmi, fanami, którzy jeździli za nami na koncerty, kupowali płyty, zbierali koszulki i nadal są z nami w kontakcie. Jest to mega przyjemne, ale na pewno nie myślę o zespole jako projekcie finansowym.

Chemia to solidne granie w amerykańskim stylu. Nie było szans by podbić USA?

W Ameryce mówili nam: bardzo dobry zespół, bardzo fajna muzyka, stadionowe przeboje, ale tamtejsi promotorzy stawiali sprawę jasno: to jest biznes, nikt nikomu prezentów nie robi. Żeby wejść do rockowego mainstreamu w Stanach Zjednoczonych, trzeba mieć, albo odpowiedni budżet, albo wejść w zupełną niszę i w ten sposób próbować się wypromować. Czasami się udaje, co pokazuje przykład mongolskiego zespołu The Hu, który zrobił światową karierę bazując na niszowej muzyce, osadzonej w zrozumiałym muzycznym języku.

Mówi Pan Minister o stadionowych przebojach, ale nie zapominajmy, że Chemia dzieliła stadionowe sceny z największymi gwiazdami. Na liście m.in. Red Hot Chili Peppers, Metallica, Deep Purple. Jakieś szczególne wspomnienia?

Świetne relacje mieliśmy z zespołem Skindred, z którym przez trzy tygodnie koncertowaliśmy w całej Europie. Kilka koncertów na Starym Kontynencie zagraliśmy też z Michaelem Monroe i jego formacją stworzoną na bazie dawnego Hanoi Rocks. Mieliśmy możliwość spotkania się i porozmawiania z Deep Purple. Widziałem nawet, że ze sceny oglądali nasz koncert. Mam nadzieję, że nie z poczuciem rozczarowania (śmiech). Generalnie, mnóstwo ciekawych doświadczeń, nawiązanych kontaktów i rozmów.

Zaczęliśmy od styku muzyki i polityki. Tak też zakończmy: jaki rodzaj muzyki najlepiej obrazuje polską politykę?

Może jazz fusion, albo coś w tym stylu. Nasza polityka to miks bardzo różnych stylów, wpływów, czasami kakofonia dźwięków, w której trzeba się odnaleźć.